Będę pisać spontanicznie - o dzieciach. Spontanicznie to znaczy spontanicznie, czyli bez przygotowania i tygodniowego redagowania tekstu. Mówiąc krótko: mam dwójkę dzieci, 40 minut i chcę coś napisać. Liczy się każda chwila...
Dawno temu (baardzoo dawno temu) kolega z ówczesnej mojej pracy
opowiadał mi jak to przyszli do niego znajomi z dzieckiem. Przeżył koszmar, bowiem dziecko śliniło się, wszędzie rękami mazało wszystko dookoła… Ten mój „biedny” kolega po wyjściu swoich znajomych musiał wszystko sprzątać, układać, wycierać i odkurzać… Na końcu swej kolorystycznej opowieści o napaści na jego schludne życie, stwierdził, że
on „to by takiemu upapranemu i zaślinionemu bachorowi zainstalował pampersa na twarz”.
Pamiętam, że
jakoś szczególnie ani mnie to nie rozśmieszyło, ani nie oburzyło. Ot taka gadka
dwojga ludzi, którzy sami jeszcze nie mieli własnych dzieci. Bo jak człowiek nie ma
dzieci, to wszystko jest w domu na miejscu. Poukładane, czyste, zadbane, wypieszczone,
na wszystko ma czas i chodzi gdzie chce. O pieniądzach nie wspominając - bo jakoś przy dzieciach dziwnie i niespodziewanie nikną w mgnieniu oka. Ktoś, kto nie ma dzieci nie
zrozumie tego… i nie ma co się irytować bo nie jest w stanie tego jeszcze
zrozumieć… i to jest normalne.
Co ciekawe, kiedy nie ma się jeszcze swoich dzieci,
cudze bardzo irytują (a bo to hałasują, a bo to czegoś chcą, a bo to chcą się
bawić, a mi się nie chce… "a poza tym to nie moje dziecko, więc kto je sobie zrobił
to niech teraz zabawia", a bo to nadpobudliwe i ciągle skacze, a bo to wyrzygał
się na moją poduszkę lub spodnie… itd.). Kiedy masz już swoje… raptem te same rzeczy
przestają wkurzać. Rzyganie, mlaskanie, skakanie, płacz i inne oznaki życia przestają denerwować nas jako już rodzica. 😉 Mało tego, te same zachowania już nie wkurzają także u cudzych dzieci.
Kiedy nie ma się swego dziecka człowiek słuchając „brzydkich
wyrazów” z ust cudzych dzieci, myśli sobie: „Boże, co się w tym domu dzieje? Jak
to dziecko się wyraża? Tam jest jakaś patologia!" Brzmi znajomo? Przestaje to dziwić kiedy
swoje dziecko sadzi kur… i innymi niecenzuralnymi słowami, a ty wiesz rodzicu skąd się to
wzięło (lub nie wiesz skąd bo akurat dziecko przyniosło z przedszkola), choć
patologią nie jesteś.
Kiedy nie masz swoich dzieci myślisz sobie „ja bym pozabijała te
wrzeszczące bachory”, „Matko! Te dzieci są jak bomby z opóźnionym zapłonem”. Ale kiedy już je masz… nagle nie zauważasz tej „bomby”. No, ok, może zauważasz, ale w sumie i tak nic z tym nie możesz zrobić. ;)
Kiedy nie ma się dzieci wszystko można robić długo i namiętnie, można mieć liczne zainteresowania, pływać, chodzić bez ograniczeń czasowych na dodatkowe zajęcia. Nie zwraca się uwagi na upływający czas. Można zdrzemnąć się, poleniuchować, a "stracony" czas odrobić później… Jeśli nie chce się w danym dniu gotować, można zrobić
wypad na miasto do jakiejś restauracji.. Przy dzieciach tak nie ma. Organizujesz się człowieku. Wykorzystujesz każdą wolną chwilę. Nagle
uzmysławiasz sobie, że jesteś mistrzem w organizacji i zarządzaniu czasem… tym
czasem, który nazywam wolnym (w którym zaliczasz przygotowania do obiadu,
wstawianie prania, rozwieszanie prania, zmywanie garów, itp.). Dlatego zabawne
jest, kiedy ludzie nie mający dzieci ciągle narzekają na brak czasu… Ja mam go full… po
brzegi. ;)
Najciekawsze jest jednak to, że kiedy nie ma się swoich dzieci
to jest się ekspertem w dziedzinie wychowania. Wtedy dokładnie wie się wszystko o wychowaniu i jak znajomi powinni wychować dzieci. wiemy jakie błędy popełniają. Wow… dopiero dostaje się
kopa (od samego siebie rzecz jasna – takiego autorskiego), kiedy przy okazji
wychowywania swego dziecka „popełniamy te same błędy”. Wtedy cicho sza… to nie
byłem ja… Ba, zaczynamy być bardzo tolerancyjni i wyrozumiali dla innych rodziców i ich dzieci... nawet jeśli nie wpisują się w nasze ramy... poglądowe na tematy wychowawcze... (ale to nie ma znaczenia bo nasze dzieci też się w nie wpisują).😀
Można by tak przytaczać milion przykładów… ale nie mam czasu, bo
moje roczne dziecko zasnęło… a śpi bardzo krótko… jak Michał Anioł… więc muszę
się organizować. Jeszcze przede mną ugotowanie obiadu, odebranie starszego dziecka
ze szkoły, fryzjer, aerobik, a w tak zwanym międzyczasie siłownia męża i trening
piłki nożnej tego starszego (który sypał kur… kiedy miał dwa lata i… ja akurat wiem dlaczego). 😎 Także jako tako nie mam czasu na pierdoły... teraz.
Kiedyś, jeszcze przed osobistymi dziećmi też byłam specjalistką od wychowania 😉 W rzeczy samej... ;)


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz