czwartek, 31 stycznia 2019

Jak dogonić XXI wiek?


Jak dogonić XXI wiek?




Odkąd pamiętam moja babcia zawsze mi powtarzała, że nie jest ważne co jest na głowie, ale co jest w głowie. I kiedy będąc nastolatką, chciałam wyglądać jak co najmniej któraś z aktorek i kupić ubranie podobne do ubrań którejś koleżanki, to zawsze słyszałam, że najważniejsze to, co jest w głowie… tego nikt nie zabierze… Prawdą jest, że wtedy za bardzo nie rozumiałam tego toku myślenia, ale przyjmowałam za pewnik – bo tak mówi osoba starsza… A napomknąć muszę, że nie byłam wybitnie zaborcza co do tego, że chcę mieć nową sukienkę czy zegarek ze szczerego złota. Po usłyszeniu od rodziców czy dziadków, że najważniejsze jest to, co ma się w głowie, po prostu przechodziłam do porządku dziennego i zakuwałam te pierwiastki, prawa Newtona i daty wojen punickich… O tak… 

Z perspektywy czasu przyznaję rację swojej rodzinie… aczkolwiek z małymi poprawkami… bo nie samym zakuwaniem w szkole człowiek żyje. Trzeba oprócz zakuwania – umieć żyć… Bo jak oto wyjaśnić fakt, że koledzy czy koleżanki, którym delikatnie mówiąc nie po drodze było z nauką, w zdecydowanej większości tłuką kasę w dochodowych biznesach… a profesorowie, nauczyciele, lekarze czy pielęgniarki zarabiają jedną czwartą tego… Często, gęsto osoby, które były prymusami w podstawówkach, liceum czy na studiach – nie zawsze radzą sobie w życiu.

Zatem jaki jest złoty środek?

Dlatego jako nauczyciel znający program nauczania w szkole, apeluję do rodziców: wyluzujcie, dajcie odetchnąć dzieciom… nie samą szkołą żyje człowiek – tym bardziej, że szkoła nie przygotuje Waszego dziecka do życia. A o życie tu chodzi a nie o daty wojen punickich! Czasy zmieniły się i to bardzo. Chyba nigdy wcześniej nie było tyle informacji, nowinek technicznych i spraw do ogarnięcia co teraz… A szkoła? Nadal uczy o wojnach punickich… Nie pytajcie mnie co to za wojny… bo nie pamiętam 😁

Nie jest ważne jak się ubierasz i ile zakujesz w szkole, ważne jak podchodzisz do życia, czy potrafisz sobie poradzić w momentach trudnych, czy umiesz zdobywać (a nie zakuwać) wiedzę i nowe doświadczenia oraz wykorzystywać je w życiu. Czy umiesz radzić sobie z emocjami (które nie oszukujmy się w dzisiejszym świecie niejednokrotnie biorą górę i są liczne choroby z tego powodu). Ważne czy umiesz jak kameleon dostosować się do sytuacji… czy też czekasz aż ci ktoś wszystko zaserwuje na talerzu i non stop narzekasz, nabywając w ten sposób wrzodów żołądka… albo jeszcze czegoś gorszego…

Moje życie wyglądało tak, że u "koleżanki" pojawiała się sto pięćdziesiąta para butów, a u mnie kolejna książka. A kilkanaście lat temu nie było tak tanich książek jak teraz. Płaciło się prawie tyle co za buty. U koleżanki piętnasty sweter a u mnie kolejna książka. Ostatecznie miałam trzy bluzki i dwie pary spodni ale za to cały regał książek. I nie mam tu na myśli romansideł, które można wypożyczyć w pierwszej lepszej bibliotece. Mówię tu o psychologii, socjologii, pedagogice… Teraz dalej kupuję książki o zdrowiu czy żywieniu, które do tanich nie należą…. Dlatego kolejną zimę będę chodzić w tych samych butach 😁 Ale nie przeszkadza mi to. Lubię stare buty, przywiązałam się do nich… W końcu mam je od sześciu lat, hahaha… Ale nie żałuję.

Dzisiejsze czasy to trudne czasy. Każdy rodzic powinien zaszczepić swemu dziecku, że nie jest ważne czy masz sto par spodni na każdą okazję, czy masz to co mają twoi koledzy czy koleżanki, ba! nawet nie jest waż czy te koleżanki i koledzy cię lubią… (kij im w oko, jeśli nie). Ważne jest jak radzisz sobie w życiu, czy potrafisz kombinować, z niczego zrobić coś, czy poradzisz sobie w trudnych sytuacjach. A żeby to mieć, trzeba zahartować się i non stop zdobywać nową wiedzę i doświadczenia. Dziecko należy wyposażyć w umiejętność nie wpadania w zasadzkę uzależnienia od rówieśników. Powinno czuć się odrębną jednostką, która jest wartościowa.

Czasy zakuwania powinny odejść do lamusa. Teraz człowiek, uczeń czy dziecko powinni mieć narzędzia do nauki a nie podręczniki i nudne karty pracy. Każdy powinien wiedzieć „gdzie” szukać informacji i „jak”… Uczeń powinien dyskutować i wyciągać wnioski, nawet umieć kłócić się i godzić (i pal cię licho, nawet z nauczycielem)…

Tylko jest mały problem: „mentalność szkoły” jako systemu i większości nauczycieli jest jeszcze w czasach przysłowiowego średniowiecza… 
Jak dogonić 21 wiek? 



poniedziałek, 28 stycznia 2019

Tort bez cukru.



Poniedziałek – Kulinaria i Zdrowie



Tort bez cukru
 (zamiast cukru - banany i syrop klonowy)







Tort składa się z pięciu płatów w tym płat na spodzie to ciasto kruche. Możemy wykonać tort bez spodu z ciasta kruchego (czyli czteropłatowy), ale wtedy trzeba pamiętać o proporcjonalnym zmniejszeniu składników na masę z serka i śmietany. Tort wychodzi dość duży. Myślę, że ponad 3 kilogramy. Jeżeli chcemy mniej masy to proporcjonalnie zmniejszamy ilość składników na masę. Tort jest słodki mmo tego, że nie ma w nim typowego cukru, a zamiast niego są banany i syrop klonowy. Płaty ciasta można nasączyć sokiem z cytryny zmieszanym z wodą.





Składniki:

Ciasto kruche na spód:

120 g mąki orkiszowej

70 g masła

1 łyżka syropu klonowego

szczypta soli


                                                                                                        Płaty ciasta:

10 średnich bananów

8 jajek

10 g kakao (około 2 łyżki)

18 łyżek mąki kokosowej

2 płaskie łyżeczki sody


Krem do przełożenia tortu:

1000 g serka mascarpone

400 g śmietany – 30%

 4 łyżki soku z cytryny

24 łyżki syropu klonowego



Wykonanie:

Zaznaczam, że wszystkie płaty do tortu muszą być pieczone oddzielnie. I tak zaczynamy od spodu czyli ciasta kruchego.  Wszystkie składniki na ciasto kruche należy zagnieść, rozwałkować i włożyć do tortownicy o średnicy 26 cm potem odstawić do lodówki na minimum godzinę. Po tym czasie upiec w piekarniku rozgrzanym do 200 stopni i piec około 15 minut.  Wyjąć z piekarnika i wystudzić.



Następnie robimy ciasto bananowe.

Banany zblendować z jajkami na gładką masę.  Dodać mąkę kokosową wymieszaną z sodą.  Blendować przez kilka minut do uzyskania jednolitej masy/ciasta.  Powstałe ciasto najpierw podzielić na dwie części. Do jednej dodać 2 łyżki kakao. Dokładnie wymieszać do uzyskania jednolitego koloru. Następnie ciasto kakaowe podzielić na dwie części oraz ciasto bez kakao podzielić na dwie części. Łącznie ma być cztery części. Każdą część należy piec oddzielnie. Na tortownicy należy rozłożyć paier i wyłożyć pierwszą porcję ciasta (można dłonią przygnieść i rozprowadzić ciasto). Piec w piekarniku rozgrzanym do 180 stopni przez około 25 minut. I tak jeszcze trzy razy. Ciasto po upieczeniu należy wystudzić.







Teraz przechodzimy do masy z serka mascarpone i śmietany.
            Dobrze schładzamy serek i śmietanę. Oba składniki zmiksować na gładką masę. Dodać syrop    klonowy i sok z cytryny i dalej miksowac do uzyskania jednolitej masy.



Przekładamy blaty tortu. Na spód kładziemy kruche ciasto. Smarujemy masą, nastepnie czarne ciasto, smarujemy, potem jasne ciasto – smarujemy, dalej ciemne ciasto – smarujemy i na wierzch jasne ciasto i także smarujemy wierzch masą. Przed położeniem masy na dane płaty można nasączyć je wodą z sokiem cytrynowym. Następnie  szpachlujemy boki tortu. 



Tort możemy ozdobić w różnoraki sposób, orzechami, wiórkami kokosowymi itd.






SMACZNEGO !!!







piątek, 25 stycznia 2019

"Oblubienica morza"


Piątek – Książka lub Film



„Oblubienica morza”

Michelle Cohen Corasanti  i Jamal Kanj




Przedstawiony w książce konflikt palestyńsko-izraelski dzieli nie tylko kraje, ale również zwykłych ludzi.



Michelle Cohen Corasanti, autorka urodzona w konserwatywnej żydowskiej rodzinie, prawniczka. Specjalizuje się w prawie międzynarodowym i prawach człowieka.

Jamal Kanj urodzony w palestyńskim obozie uchodźców w Libanie, autor powieści.



Książka podejmuje trudny temat konfliktu między Palestyną a Izraelem, który toczy się już od kilkudziesięciu lat. Autorzy wplatając fakty w losy swoich bohaterów przedstawiają tenże konflikt jako źródło cierpienia dla kilku pokoleń ludzi. Głównymi bohaterami są tu zarówno Żydzi, jak i Palestyńczycy. Tematem przewodnim jest miłość między tymi postaciami literackimi, skomplikowana poprzez podziały oraz chęć bycia lojalnym w stosunku do swego ludu. Tak więc miłość i przywiązanie do rodzin, dla których można zrobić wszystko staje się w pewnym sensie przeszkodą w miłości między kobietą a mężczyzną. Oprócz trudności związków z osobami z przeciwnych obozów społecznych, pokazane jest także okrutne postępowanie żołnierzy w stosunku do cywili…

I tak mamy tu Sarę, Yousefa, Ameera i Rebekę, których losy splatają się… Sprawy nie układają się zawsze pomyślnie, bowiem są to reprezentanci dwóch światów wzajemnie zwalczających się.



            Gorąco polecam tę książkę. Czyta się ją bardzo szybko. Jest wartościowym źródłem wiedzy na temat konfliktu izraelsko palestyńskiego… Patrzymy na niego z perspektywy zwykłych ludzi i tak naprawdę dowiadujemy się o co chodzi, bo żadne media obiektywnie tego nie przedstawią.











wtorek, 22 stycznia 2019

Tyle wiemy o sobie ile nas sprawdzono.


Wtorek – Edukacja i Wychowanie




„Tyle wiemy o sobie ile nas sprawdzono”.

Wisława Szymborska







Liczę się z tym, że po przeczytaniu tego tekstu ileś tam osób „odlajkuje” moją stronę. Trudno. Tacy są ludzie. Takie mamy czasy internetowe. Żyjemy w wirtualnej rzeczywistości, w której łatwiej jest odlajkować niż konstruktywnie dyskutować. Wszystkim się nie dogodzi. Ale mimo to chcę podzielić się swoimi przemyśleniami. Poznajemy siebie i innych w sytuacjach trudnych. 

Sytuacja związana ze śmiercią prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza skłoniła mnie do rozważań na temat „dobrych” i „złych” ludzi. W tym miejscu chodzi mi o zwykłych ludzi udzielających się w Internecie pod artykułami traktującymi o wyżej wspomnianym dramacie, który miał miejsce ponad tydzień temu. Komentarze tychże są powalające. Internet stał się wiadrem do plucia na wszystkich i dla wszystkich!

Widzę artykuł związany z pożegnaniem Prezydenta i głównym tematem jest: Dlaczego nastolatka – córka Adamowicza - po jego śmierci jest uśmiechnięta, a jej matka poczesana i pomalowana? Kiedy to zobaczyłam po prostu nie mogłam uwierzyć, że ktoś może zajmować się ubiorem i uczesaniem wdowy oraz uśmiechem córki… i mierzyć w ten sposób czyjeś cierpienie po stracie męża i ojca… Ale złośliwym ludziom nie dogodzi się, bo co by jedna z drugą nie zrobiły to i tak będzie źle… Skąd tyle jadu, złośliwości i agresji słownej? Do tego dochodzą komentarze typu, że dziennie giną setki osób i nikt nad nimi nie rozczula się..., że zamordowany "żył jak mafioso i jak mafioso zginął"... i tak dalej... im dalej w las, tym większa zawiść... Ludzie w ten sposób komentujący, dają upust swojej agresji i zazdrości.

Osoba publiczna ma zdecydowanie gorzej. Jest wystawiona na lincz, bo jest osobą rozpoznawalną i z założenia ma być workiem treningowym dla niezadowolonych z życia człowieczków. Masa człekokształtna poniża, wyśmiewa, komentuje i nienawidzi. Ta nienawiść dotyczy prezydentów, premiera, prezesów, dyrektorów, posłów ale także aktorów, społeczników, itd. I co by ten człowiek „na świeczniku” nie poczynił, to zawsze znajdzie się ktoś z tej człekokształtnej masy, kto jest niezadowolony… Tak, człekokształtna masa, anonimowa – dlatego taka śmiała. Anonimowość jest jednym z sprzyjających uwarunkowań rozwijania się agresji.

Dlaczego ludzie są źli, zawistni, przebiegli, bez empatii, złośliwi, zazdrośni? To nie nowość, że w Internecie jest anonimowość i to, czego normalnie ktoś by nie powiedział, to tu przychodzi mu z łatwością. Tylko skąd ta łatwość? Sprawa dotyczy niestety nie tylko Internetu… coraz większa zawiść i agresja panują między ludźmi także w życiu tzw. realnym. W pracy, w kościele, w szkole, na ulicy. Powodem zazdrości i zawiści może być lepszy dom, lepsza praca… czy bardziej śmieszne powody. O polityce to już nawet nie chce się wspominać! Obecnie nawet rodziny są podzielone i niejednokrotnie pokłócone przez ideologie polityczne! Polska telewizja wciąga osoby słabe psychicznie oraz te, które nie potrafią samodzielnie myśleć, w swój świat stanowiący równoległą rzeczywistość… wciąga w swoje gierki i szerzy nienawiść na płaszczyźnie politycznej do reprezentantów innych opcji politycznych (i nie tylko). Tak, to może być dobry grunt na wykiełkowanie złego zachowania…

To jest prawda, że wszystko zaczyna się od słowa, które w wielu przypadkach przechodzi w czyn poprzez myśl. A złych słów w Internecie i w telewizji jest dosłownie masa. Na szczęście u zdecydowanej większości ludzi na pluciu w Internecie kończy się… Problem stanowią ci, którzy w czasach pokoju zmierzają do uzewnętrznienia i zamienienia agresji słownej czyn.

         Sięgnęłam do literatury… i co znalazłam? Stwierdzenia psychologów poparte badaniami, że każdy normalny człowiek, zdrowy psychicznie może czynić zło jeśli tylko warunki zewnętrzne go do tego przysposobią. Najwięksi sadyści i zbrodniarze nie byli chorzy psychicznie. Byli zdrowi, jednak warunki, okoliczności i  przyjęte przez nich idee wytworzyły w nich zło, za którym podążali i je czynili.

Czy zna ktoś książkę P. Zimbardo „The Lucifer Effect: Understanding How Good People Turn Evil” (Efekt Lucyfera: zrozumieć jak dobrzy ludzie zmieniają się w złych)? Jest tam opisane badanie prowadzone przez autora książki przy udziale zwykłych, postępujących moralnie studentów. Po przyjęciu roli strażników w więzieniu stali się agresywni i znęcali się nad swoimi kolegami i koleżankami (którzy mieli wyznaczoną rolę więźniów). Sytuacja przybrała tak dramatyczny bieg, że badanie po sześciu dniach musiało zostać przerwane. Nastąpiła dehumanizacja ofiar, sprawiająca przewrót w głowie człowieka, który czuł się panem sytuacji.

Mechanizmy psychologiczne powstawania i czynienia zła są te same w czasie wojny i pokoju. W czasie wojny słucha się rozkazów i nie czuje się, że robi się źle, a do tego autorytet dowódcy sprawia, że oprawca czuje się dobrze z tym co robi. W czasie pokoju ma się także swoje autorytety, myśli i słowa, za którymi podąża się.

Bądźmy dla siebie życzliwi… Prawdziwych przyjaciół poznaje się nie tylko w biedzie, ale i w szczęściu...








Ponadto dla zainteresowanych:

„Badania psychologiczne zbrodniarzy niemieckich po 1945 roku obaliły mit, że człowiek racjonalny i zdrowy psychicznie nigdy nie wybierze przemocy. Osadzeni w alianckich więzieniach zbrodniarze wojenni byli materiałem badawczym dla psychologów, którzy chcieli zrozumieć, jak dobrzy ojcowie rodzin i szanowani obywatele stali się masowymi mordercami. Terminem „efekt Lucyfera”, wprowadzonym przez amerykańskiego psychologa Philipa Zimbardo, określa się przemianę charakteru pod wpływem czynników zewnętrznych: zwyczajny człowiek zaczyna czynić zło. Dominujące wcześniej teorie psychologiczne skłaniały badaczy do szukania źródeł zbrodniczych zachowań w zaburzeniach psychiki. Ale psycholog John Steiner, który prawie trzy lata był więźniem obozów koncentracyjnych, a po wojnie badał byłych członków SS i żołnierzy Wehrmachtu, przekonał się, że nie było wśród nich nadreprezentacji sadystów i socjopatów. Zimbardo szukał przyczyn ich zachowań w otoczeniu. W jednym z wywiadów przytoczył wspomnienia żołnierzy niemieckich z pacyfikacji kilku wiosek w Polsce. Otrzymali rozkaz zabicia mieszkańców, lecz dowódca dał im wybór, obiecując, że tym, którzy nie wezmą udziału w akcji, nie grożą żadne sankcje. W pierwszej pacyfikacji wzięło udział 50 proc. żołnierzy, w kolejnej 60 proc., a w ostatniej już cały oddział, co więcej, żołnierze robili sobie przy okazji pamiątkowe zdjęcia. Zimbardo określił kilka okoliczności, które tłumaczą (nie usprawiedliwiają) ich zachowanie. Jako najważniejsze wymienił presję grupy, wpływ autorytetu dowódcy, dehumanizację ofiar, anonimowość sprawców oraz połączenie poczucia władzy z równoczesnym ograniczeniem odpowiedzialności przez fakt wykonywania rozkazu” (…).



Żródło:

https://www.newsweek.pl/wiedza/psychologia/eksperyment-zimbardo-dlaczego-ludzie-sa-zli/db369pc





poniedziałek, 21 stycznia 2019

Sernik na zimno z galaretką.


Poniedziałek – Kulinaria i Zdrowie










Przepis na sernik na zimno. Udoskonalony o lepszy spód z płatków owsianych, które nie sypią się przy krojeniu i nakładaniu. 
Tym razem z galaretką o smaku truskawkowym.





Składniki:



Spód:


20 dag płatków drobnych owsianych,


6 łyżek płynnego miodu,


10 -12 dag roztopionego masła,

odrobinę, kilka łyżek mleka


Ciasto twarogowe:


100 dag mielonego chudego twarogu (może być też gotowa masa twarogowa do serników),


1 i 1/3 szklanki gęstego jogurtu naturalnego,


½ szklanki cukru trzcinowego,


7 łyżeczek żelatyny,


aromat lub laska wanilii.


Galaretka truskawkowa na wierzch ciasta.




Sposób wykonania:


Na początku robimy spód z płatków owsianych, miodu i masła.

1.    Dno tortownicy wykładamy papierem a boki smarujemy masłem.

2.    Do małego garnka wkładamy masło, roztapiamy je ma małym ogniu.

3.    Wrzucamy płatki owsiane, miód i dokładnie mieszamy.

4.    Chwilę gotujemy aż płatki zrobią się kleiste, jeśli istnieje taka potrzeba dolewamy kilka łyżek mleka.

5.    Wyjmujemy płatki z garnka i rozsmarowujemy na dnie tortownicy.










Teraz bierzemy się za masę twarogową:


1.   W szklance z 1/3 gorącej wody rozpuszczamy żelatynę, odstawiamy do wystygnięcia.



2.   W misce miksujemy lub mieszamy zmielony twaróg z cukrem.


3.   W drugiej misce (może być ta po płatkach) dokładnie mieszamy jogurt z wystudzoną żelatyną.


4.   Łączymy twaróg z jogurtem, dodajemy wanilię i dokładnie mieszamy.


5.   Wykładamy masę twarogowa na spód z płatków owsianych (które są już wystudzone).


6.   Wstawiamy do lodówki do zastygnięcia.











Na koniec rozrabiamy galaretkę truskawkową zgodnie z przepisem na opakowaniu. Studzimy ją. Po ścięciu się ciasta w lodówce ostrożnie (najlepiej łyżką) polewamy ciasto zimą galaretką. Wstawiamy z powrotem do lodówki i czekamy aż galaretka zetnie się.





Można delikatnie posypać wiórkami kokosowymi, które będą imitacja śniegu :)



SMACZNEGO !!!



piątek, 18 stycznia 2019

Złodziejka książek - książka a film.


Piątek – Książka lub Film


„Złodziejka książek” autor Markus Zusak 

Markus Zusak „Złodziejkę książek” napisał w wieku 30 lat. Od małego chłopca wychowywał się na opowieściach związanych z drugą wojną światową, bowiem jego matka była Niemką a ojciec Austriakiem. Rodzice autora po wojnie osiedlili się w Australii. Można by powiedzieć, że Zusak przygotowany opowieściami swoich rodziców - o Żydach i okrucieństwach wojny, bombardowaniu Monachium, a do tego mający talent do mistrzowskiego używania słów, napisał świetną książkę, którą warto przeczytać. I jak to w życiu pisarzy bywa, inspiracją do jej napisania stały się fakty z życia rodziców. Jego ojciec tak jak ojciec głównej bohaterki – jest malarzem domowym, natomiast matka mieszkała w małej miejscowości pod Monachium przez którą przechodzili poganiani przez Niemców Żydzi… Być może w książce zawarte są prawdziwe wydarzenia z życia matki…. „Złodziejka książek” nie jest jedyną książką Marcusa Zusaka, napisał ich pięć i jest dobry w tym co robi, bowiem jego książki zdobywają wiele nagród.

Druga wojna światowa. Hasło, które od razu daje czytelnikowi wyobrażenie o tamtym czasie w historii. Liesel Meminger można uznać za główną bohaterkę książki. Poznajemy ją w przykrych okolicznościach. Umiera bowiem jej brat, grabarze zakopują jego ciało, matka jest załamana a ona sama kradnie ich książkę pt. „Podręcznik grabarza”… Potem matka stwierdza, że nie da rady wychować Liesel i dla dobra dziewczynki oddaje ją. Liesel trafia do rodziny zastępczej. Jej rodzicami stają się Hans i Rosa Hubemann. Przybrany ojciec jest ciepłym człowiekiem, kochającym Liesel, jego żona chcąc sprawiać wrażenie silnej i stanowczej rozsiewa dookoła siebie strach, lecz w istocie jest kochająca i empatyczna. I tak oto Liesel przypadło w udziale życie w trudnych czasach, w trudnym miejscu na Ziemi i z bagażem trudnych doświadczeń. Jednak radzi sobie, bo dookoła niej są ludzie, którzy ją kochają, podziwiają i potrzebują.

Szaleństwo wojny trwa w najlepsze, Hitler szarżuje, ale tylko słowami, a całą resztę wykonują za niego ślepo wierzący w jego urojenia lub ci, którzy wreszcie mogli dać upust swojej agresji (co zresztą znamy z historii). Mała miejscowość, w której żyją Liesel z zastępczymi rodzicami, również boryka się z okrucieństwami wojny. Brakuje pieniędzy, pracy, jedzenia. Ludzie chodzą głodni, nieumyci i zmarznięci… Kiedy nasilają się naloty, ludzie kryją się w wyznaczonych do tego celu piwnicach.

Przyjaźń pomiędzy Liesel a Rudym (chłopakiem z sąsiedztwa) sprawia, że dziewczynka nie rozmyśla zbyt często o swojej ciężkiej przeszłości i utracie całej rodziny… W potoku dni, lat i przeplatających się z czasem problemów, przychodzi nagle moment, kiedy przybrany ojciec staje twarzą w twarz ze swoją przeszłością (bo w książce każdy ma jakąś przeszłość) i przyjmuje pod swój dach Żyda, narażając w ten sposób swoją rodzinę. Liesel bardzo zaprzyjaźnia się z Maxem, który ukrywa się w ich piwnicy. Razem czytają, zwierzają się sobie, bawią i płaczą… do czasu, kiedy Max musiał opuścić ich dom. Autor pokazuje czytelnikowi, że nie wszyscy Niemcy byli źli i przesiąknięci chorą ideą Hitlera. Byli też tacy, którzy ryzykowali życiem i ratowali innych przed śmiercią. Zresztą, jako dygresję przytoczę tu przykład mojej babci i jej opowieści o wojnie i niemieckich żołnierzach… nawet wśród nich trafiali się tacy, którzy przynosili polskim dzieciom i ich rodzicom jedzenie (oczywiście robili to w tajemnicy przed swoimi).

Książki dla Liesel mają wielką wartość, zwłaszcza te kradzione (zresztą na inne nie mogła sobie pozwolić). Czyta je wielokrotnie. Najpierw czytała z ojciec, potem z Maksem, następnie w schronie przeciwlotniczym… Towarzyszyły jej na każdym kroku. Kiedy dojdzie się do końca opowieści to nie pamięta się już, że na początku tej historii Liesel nie umiała czytać a osobą, która ją uczyła był jej zastępczy ojciec. Liesel odkrywa, że słowa mają wielką moc. Zaczyna pisać własną książkę, zainspirowana podarunkiem od żony burmistrza… Książka nie kończy się szczęśliwie…

Chciałabym napisać coś jeszcze, ale nie chcę zdradzać fabuły J

„Złodziejkę książek” czyta się bardzo dobrze. Narratorem jest śmierć, która podczas wojny miała dużo roboty… Dość oryginalny „opowiadacz”, bo śmierć tutaj  jest mężczyzną…



Film pod tym samym tytułem, jak to z reguły film na podstawie książki, nie spełnia do końca oczekiwań czytelnika (a na pewno moich nie spełnił). Świetne role: Geoffrey Rush, Emily Watson oraz Sophie Nélisse. Jednak trzeba powiedzieć sobie szczerze, że po przeczytaniu książki film wydaje się nużący. Irytujące jest też to, że wydarzenia zawarte w książce nie zawsze zgadzają się z tymi z filmu… Ot, taki urok filmów na podstawie książek…

Film warto obejrzeć, ale przed przeczytaniem książki lub wtedy, kiedy nie zamierza się po nią w ogóle sięgać.


Bułki śniadaniowe.

Bułki śniadaniowe   Składniki: 250g mąki orkiszowej typ550 250g mąki żytniej typ720 300g wody 70g oliwy z oliwek 25g świeżych ...